W... 2010-02-25 13:46:58

Dojeżdzam do szpitala, ide do rejestracji gdzie też jest punkt przyjęć do szpitala. Pokazuję im, że mają mnie przyjąć, odsyłają mnie prosto na oddział. Na 4tym piętrze jest chirurgia ogólna czyli mój punkt docelowy. Na miejscu kolejka bo nie tylko mnie mają przyjąć... jak ja nie lubię szpitali i tego całego czekania... gdy nadeszła moja kolej, pielęgniarka sprawdziła ciśnienie i takie pierdółki, dała mi kartki do wypełnienia typu czy miałem jakieś operacje, czy mam jakieś uczulenia, czy coś mi dolega i takie tam dla informacji lekarzy – anestezjologów czy jak im tam.

W końcu zostałem odesłany do swojej sali, ostatnia w korytarzu, znajdująca się na rogu szpitala... to znaczy ze z dwóch stron za ścianą jest... no powiedzmy chłodzone przez zimną pogodę na zewnątrz co powodowało chłód w pokoju, innym to przeszkadzało, mnie niespecjalnie bo lubię :). Na sali mam dwóch gości – jeden w wieku koło 30 a drugi koło 40-45. Miłe towarzystwo, rozgadane bardzo.. ogólnie nic ciekawego się nie działo. Dostaliśmy czopki na przeczyszczenie, nie mogliśmy już nic jeść, pić jedynie mineralną niegazowaną do godziny 22:00..

Przez większość dnia ciągle ktoś mnie odwiedzał. Czy to brat z żoną, camma czy kumpel. Poprostu nie miałem chwili dla siebie :p. Dopiero gdy w końcu wszyscy poszli i miałem spokoj, zająłem się laptopem(jak możnaby było wogóle iść gdzieś na dłużej bez laptopa :O) chwilę dla relaksu pograłem,  a potem obejrzałem film Zombieland :) może nie najlepszy film zważywszy na moją sytuację ale innego ciekawszego nie miałem...  później właśnie koło godziny 21:00 dostaliśmy tabletki na sen, żebyśmy teraz się wyspali i nie denerwowali ponieważ każdy z nas miał mieć operację przed południem. Tabletka długo nie działała, więc miałem problemy ze spaniem... może dlatego że miałem już mocne obawy co do tego i chciałem nawiać... ale gdy zadziałała to jakoś tak... padłem :d

Pobudka była przed 6:00 rano na mierzenie temperatury, ciśnienia... ale można było jeszcze dospać chwilę :) niewiele pamiętam z tego dnia, tylko tyle, że jakoś dotrwałem w stresie i nerwach do 10:00, bo jakoś tak przyjechali po mnie.. może to było 10:30 a o 11:00 miałem mieć zabieg.. wpierw na sali dostałem tabletkę, potem mnie zwieźli na dół, z jednego łóżka na inne, którym mnie dowieźli na salę, tam znów z łóżka na stół... ręce wyprostowane na boki, nogi prosto, mocno związany żebym nie uciekł... ok może przesadziłem ;d dostałem maskę i kazano mi głęboko oddychać.. 4-5x mi się udało... i następne co pamiętam to jakieś przebłyski jak już byłem spowrotem na sali... nic konkretnego nie pamiętam.. dopiero następne czego już byłem świadomy to, że była noc a ja potrzebowałem do wc. Więc dzwoniłem po siostre, ta przyszła, mówię jej o co chodzi, przyniosła mi gąskę czy jak się to tam zwie i mnie zostawiła ... nic z tego, z pozycji leżącej nie dam rady.. po chwili przyszła, mówię jej że nic z tego. Pielęgniarka mówi, że albo tak albo cewnik.. mówię jej że ta metoda odpada a cewnika nie chcę, więc pytam czy mogę iść do toalety. Zatkało ją bo nie minęła doba a ja już chce do wc chodzić. Pozatym nie jest to wskazane ale spytała mnie czy dojdę, odpowiedziałem, że pewnie nie ale wolę to niż cewnik. Pomogła mi wstać, zorientowałem się, że spod opatrunku idzie mi rurka, jak wstałem to zobaczyłem, że idzie do wiaderka gdzie krew spływa tj nadmiar płynów w ranie. Dziwne uczucie nosić ze sobą takie wiaderko. Szedłem powoli, kręciło mi się w głowie, ale dotarłem przy pomocy pielęgniarki. Załatwiłem się, wyszedłem, doprowadziła mnie do łóżka i pomogła się położyć. Zasnąłem szybciutko, ale z samego rana pobudka o 5:30 na mierzenie temperatury, 10 minut później gdy już znów spałem mierzenie ciśnienia.. potem przyszła pani i klepała plecy, mówiła że za chwilę też przyjdzie rehabilitantka żebym mógł już spróbować chodzić na co jej powiedziałem, że już miałem spacer więc podziękuję :)

 

Był już wtorek, poniedziałku praktycznie nie pamiętam. Mogę pierwszy raz się rozejrzeć po sali i stwierdzić że jestem w innej(tak mi się wydawało z przebłysków) oraz mam innych sąsiadów takich po 60 lat jak nic... godzina 10ta ja jeszcze leżę, przyszła kobieta i mnie wygania z łóżka żebym chodził a nie leżał bo tylko tak może mi być lepiej, ale gdy się okazało że jeszcze nie dostałem tabletek przeciwbólowych (ketonal forte) to przepraszała :X gdy zacząłem chodzić po tabletce, wezwano mnie na zmiane opatrunku. Gdy leżałem na stole, i odkleiła mi lekarka opatrunek, nachyliłem się i policzyłem, że mam założone 6 szwów na główną ranę i rurka (dren) obok... te momenty były jednymi z najbardziej bolesnych, które miałem w szpitalu... pierwsze przemycie zszytej rany czystym, markowym spirytusem... myślałem, że wyrwę poręcze które były po bokach.. po czym ucieli rurkę od drenu bo stwierdzili, że już nie potrzebna i jak tak dalej pojdzie to na następny dzień wyjmą całkowicie. Przez resztę dnia była przy mnie camma, większość czasu przesiedziałem w łóżku by siły regenerować. Dziadkowie gadatliwi ale zamulali... i tak pomalutku...

Jako, że nic szczególnego się nie działo to w skrócie opiszę... w środę obudziłem się w nocy bo mam mokro, dosłownie! Tam gdzie dren podciągniety, leje się krew ciurkiem. O 3ciej w nocy/nad ranem pielęgniarkę zawołałem na ratunek, przyszła zmieniła opatrunek poszła :] wiec do rana wytrzymałem, a gdy mierzono ciśnienie to miałem 90/60 :0. Tego dnia jeszcze miałem robione USG żeby stwierdzić czy wyjmują rurkę czy nie. Oczywiście mogli już wyjąć ale wyniki nie były 100% dobre więc lepiej było poczekać do piątku. Gdy siadłem sobie w sali to okazało się, że znów opatrunek przeciekał, lekarki na punkcie pielęgnarskim były chyba złym humorze bo mnie odesłały do sali. Po chwili przyszła dietetyczka i pyta czy mam czas, żeby mi dietę wystawić. To poszedłem bo co miałem innego zrobić. W środku jej gabinetu była jakaś inna lekarka co się okazało, że to ta która mnie operowała. Powiedziałem jej jak mnie potraktowano z opatrunkiem. Kazała mi podejść na sale opatrunkową jak tylko tutaj skończę. I tak zrobiłem. Sprawdziła ranę, polała spirytusem... ... ale to nie było najgorsze.. lekko podciągneła rurkę, żeby mi było lżej. I tak sobie leżę na stole a ona z opatrunkową(tą co mnie polewała dzień wcześniej) oglądają dlaczego tak cieknie ze mnie krew.. po czym spytała czy może wszyć szwa... i albo zrobi to „na żywca” albo znieczuli. Różnica? I tak zakłuje i tak zakłuje.. a więc po co mam mieć znieczulone jakby coś było nie tak, więc postanowiłem pierwszą opcję.. koszmarny ból wbicia igły z szwem w skórę obok cholernie bolącej rany, przeciągnięcie i wbicie raz jeszcze.. po czym przeciągnięcie żeby naprężyć i związać... pani doktor próbowała mnie zagadywać ale po chwili jej powiedziałem, że to i tak nic nie daje bo boli tak samo. Myślałem, że przestanie po tym gadać ale mówiła dalej co jednak było lepsze bo to nie było od takie bez sensowne gadanie. Po tym jak mnie zaszyła, doszedłem na salę. Jeszcze tego dnia udało mi się dojść do mamy na oddział niżej, niestety niedługo tam posiedziałem i musiała camma pójść po wózek bo nie dałem rady wrócić o własnych siłach.. resztę dnia jakoś mi zeszło..

Czwartek, znów w nocy był problem z raną od drenu. Ale tym razem tylko naklejono nowy opatrunek na stary, do rana wytrzymał, a po śniadanku i zażyciu tabletek, na zmianę opatrunku. Już nie był mi straszny spirytus, nawet się nie wykrzywiałem, możliwe że nawet nie przymrużałem oczu.  Ale niepokojące było to, że nadal się ze mnie leje. Opatrunkowa wezwała moją lekarkę, ta oglądneła raz jeszcze. I miała kolejną prośbę.. o kolejnego szwa.. no cóż mogłem powiedzieć, jak mógłbym odmówić skoro to dla mojego dobra. I wszyła.. bolał tak jak poprzedni.. ale za to trochę pomógł, nie całkowicie – tylko trochę. Resztę dnia spokój.

Piątek – kontrolne USG rano czy wyjmują dziś dren czy nie... jak nie to do poniedziałku napewno zostanę w szpitalu.. USG było bez zmian jakiś większych, wracając na salę opatrunkowa pytała jak tam, to jej odpowiedziałem, że tak jak w środę.. załamała się, bo przecież można było już w środę wyciągnąć a dzisiaj byłbym już w domu na bank. Kazała zaraz przyjść na wyciągnięcie rurki. Dotarłem na salę, chciałem zjeść i zażyć prochy. Prochów nie było za to śniadanie owszem. Już siadłem a przyszła po mnie opatrunkowa.. to jej mówię, że nie mam prochów to tak niebardzo chcę mieć teraz grzebane w sobie bez wzięcia ketonal.. więc poszła mi załatwić tabletki, zażyłem i odrazu na stół. Wiem, że trzeba czekać aż zaczną działać ale teraz nie było czasu, za to po wyjęciu szybciej zacznie działać. Dotarłem na opatrunkową, prosto na stół, moja lekarka też już tam była. Musiały wpierw wyciągnąć jednego szwa, bo drugi będzie trzymać ranę. Chwila namysłu którego.. ok tego.. zaciskam zęby... O KU...troszkę bolało. Ok, teraz już szybko pójdzie – mam wziąć głęboki oddech.. a głębokiego nie mogę tak odrazu, to nabrałem ile mogłem, lekarki pytają czy już a ja kręce głową że nie i usilnie dobieram powietrza. Ok, już! O KU po raz drugi... i widzę jak trzyma w ręce tą 15cm rurkę... -.-rany przemyte, opatrunek założony, schodzę ze stołu i tak jakoś mi lepiej, lżej, nic mnie nie drażni wewnątrz.. chociaż szwy i opatrunek jezcze ciągnie. Podziekowałem, poszedłem spowrotem na salę. Wieczorem na wizytacji lekarskiej, pytali jak się czuję i czy wszystko ok, to mówię, że jaknajbardziej wszystko w porządku, mówili, że wypis na następny dzień(sobota) chociaż jeden coś tam szeptnął do tego głównego chyba właśnie że to sobota, a ten odpowiedział, że jeszcze dzisiaj przygotują wypis.

Tego piątku wszyscy powychodzili z tej sali, zostałem więc sam i nikt nie przyszedł na ich miejsce. Miło bo cisza, spokój i mogę laptopa w końcu wyciągnąć, bo się czułem już na tyle dobrze :) ale raczej tylko muzykę puściłem na noc.

Sobota – w końcu do domu! Wypis dostałem koło 10:00, brat z żoną przyjechali po mnie około 11:00, więc już zdążyłem się przygotować do wyjścia. Powrót samochodem był spoko, mogłbybyć lepszy gdyby nie nasze krakowskie drogi.. Home Sweet Home :D

 

Ok, to na tyle,  w skrócie i po łebkach, część pewnie pozmieniałem, lub nie napisałem all ale to już miesiąc prawie minął więc i tak jest dobrze. Dziękuję cammie, że była przy mnie w wiekszości czasu kosztem swoich metamorfoz itd etc. =*

skomentuj (1)

Przed... 2010-02-05 13:44:06

Od jakiegoś czasu i co jakiś czas dostawałem boleści pod prawym żebrem... znajomi i rodzina twierdzili, że to pewnie wątroba.. ból ten był ogromny, przeszywający do kręgosłupa oraz utrzymywał się ponad 2 godziny. Praktycznie zawsze dostawałem 'ataku' w nocy. Jako że nie wiedziałem co powodowało ten ból, tłumaczyłem sobie, że jest to zatrucie pokarmowe lub alkoholowe, ponieważ albo z tego albo z drugiego powodu mnie bolało. Żeby zaradzić, próbowałem wymusić wymiotowanie, zażywałem przeciwbólowe oraz próbowałem spać co już wogóle mi nie wychodziło... Ataki były rzadkie bo co parę tygodni, najczęściej to było 2x w miesiącu...

Ostatni atak we wrześniu... było na tyle źle, że miałem już do lekarza ale jak to z lekarzami.. lepiej nie iść bo znajdą masę innych powodów dla których mam iść się leczyć albo operować... postanowiłem po następnym ataku iść do lekarza już na bank. tym bardziej, że nie miałem ubezpieczenia więc niewiadomo ile to by wszystko kosztowało... a kasiasty nie jestem za bardzo..

w listopadzie byłem w anglii na 5 dni pozałatwiać 'sprawy'. tzn w odwiedziny do znajomych, kupić sobie to i owo i takiem tam. wyleciałem w środę a miałem wrócić w poniedziałek. Z piątku na sobotę jadłem z ojcem cammy pizze... tzn jedlismy na kolację, a po północy... zaczeło boleć... ... lekko bo lekko, więc postanowiłem szybko się ułożyć do snu, może uda się zasnąć przed bólem 100%-owym... niestety, nie udało się... no nic, przeboleje te 2-3h i jakos to będzie... godzina 1:00... rzeszta poszła spać, zszedłem na dół do salonu na sofe bo duża i wygodna a i nikomu nie będę przeszkadzać... boli potwornie ale cóż zrobić... godzina 3:00... nic się nie zmieniło... czekam dalej... ... ... udało się!! zasnąłem!! godzina 3:30 -.-  boli tak jakby.. ciut mocniej... no nic, setna pozycja wypoczynkowa i dalej niewygodnie mi tj boli kręgosłup od tamtego bólu... godzina 5:30... bez komentarza... ... w końcu o godzinie 7:30, obudziłem ojca cammy, zebraliśmy się i pojechaliśmy do tesco, bo tam apteka jest..

na miejscu okazało się, że ta apteka otwarta jest dopiero od 8:00... a była 7:45... przeżyję, tyle już przetrwałem więc co mi tam zrobi marne 15 minut czekania... co pare chwil ktoś podchodzi i pyta czy w porządku... jak w porządku jak widać że umieram z bólu! tak, w porządku, czekam na apteke i na prochy ^_^ i dawali sobie spokój... godzina 8:00! w końcu coś dostanę... czemu jeszcze zamknięte? O_o help... o 8:20 w końcu ktoś przyszedł... ... opowiedziałem co mi jest, dostałem jakiś syrop... odrazu wypiłem i czekałem na efekty... kolor syropu różowy, smak... jakby truskawkowo-lekarstwowo-miętowy... ble.. pora do domu..

9:00 - bez efektów... pytam się czy do szpitala mnie zawiozą... musiałem odczekać chwilę by ojciec cammy coś zjadł bo nie wiadomo ile w szpitalu będą mnie trzymać i czy wogóle wypuszczą... no to jedziemy... pogotowie ratunkowe - kolejka jest dosyć spora ale widać po mnie że jestem cierpiący a w dodatku karteczka jeśli boli w okolicach klatki piersiowej to zgłaszać a przyjmą poza kolejnością ;d ok, wpierw do rejestracji, pani pyta o name, to ja jej dowód osobisty daję bo nie chcę mi się literować... adres, to podałem gdzie się zatrzymałem. lekarz pierwszego kontaktu... ... taa.. byłem u niego parę razy ale nie osobiście, a nawet nie wiem jak się nazywa.. powiedziałem jej, że wydaje mi się ze przychodnia nazywa sie tak i tak. sprawdziła w komputerze i tam jest tylko jeden doktor więc to pewnie ten... i tego właśnie wpisała. kazałą mi usiąść i pielęgniarka miała się mną zaraz zająć O_O ok, powiedziałem jej co mi jest, ta mnie wysłała do innego pokoju, gdzie czekałem na lekarza interniste[chyba]... 2 osoby przede mna, a patrze jacy lekarze przyjmują... jeden hindus drugi afroamerykanin... więc nie wiem co gorsze.. odsiedziałem swoje, gdy już byłem następny w kolejce, przyszła pielęgniarka po mnie i chciała mnie gdzie indziej zabrać [co byłoby chyba lepsze) ale zorientowała się ze jestem next więc odpuściła.

W końcu moja kolej! ide odważnie z ojcem cammy do towarzystwa i dla odwagi dla mnie. siadamy i zaczynam tłumaczyć co mi jest, gdzie mnie boli... obmacał mnie po brzuchu, stwierdził, że to zapewne jakieś problemy gastryczne(nie znam języka technicznolekarskiego więc tylko tyle wyłapałem), przepisał mi angielskie uniwersalne lekarstwo - PARACETAMOL!! a jak nie pomoże,  to żebym zażył ketonal. gdy na następny dzień będzie boleć to żebym przyjechał a zrobią dodatkowe badania... to byłaby niedziela przed moim powrotem... genialne... no nic, podziekowałem, wziąłem receptę i wróciliśmy do domku. odrazu zażyłem ketonal, po chwili poszedłem spać bo tabletki zaczęły działać... do powrotu nie miałem już zadnych problemów :)

Uh, w końcu w domu w Polsce :D jak sobie obiecałem, 'po następnym ataku udam się do lekarza'.. przyjechałem w poniedziałek a w środę miałem już termin do lekarki. Ta mnie skierowała na badani krwi oraz na USG. krew na następny dzień a USG żeby nie skłamać to nie pamiętam ale chyba w przyszły czwartek to było. ehh znów niepotrzebne przeciąganie... krew jak krew.. oddałem nadmiar ;) a usg.. lekarz wywalił oczy w monitor... a ja złapałem mega stracha co tam wypatrzył... okazało się ku mojej uldze, że to tylko kamień w pecherzyku żółciowym.. o marnych rozmiarach 2 czy 3 cm... gdzie to sie wyhodowało.. stan wskazywał na niejeden stan zapalny... niech mi powie cos czego nie wiem _._ ... no nic, znów wizyta u internistki... pokazałem wyniki wszystkie, pytała czy chce to usunąć a wypadałoby... wyjscia nie mam a będzie tylko gorzej... więc wypisała skierowanie do poradni chirurgicznej do szpitala.

Miałem do wyboru albo żeromski albo rydygier.. nie lubie ani jednego ani drugiego ale więcej złego słyszałem o żeromskim więc postanowiłem jechać do rydygiera. Zarejestrowałem się... wizyta 23.12... niezapowiada się to obiecująco... jednak nie było tak źle, tutaj lekarz też wywalił oczy i nie chciał wierzyć jak widział wyniki USG xD ale przepisał mi kolejne badania krwi oraz EKG. ekg zrobiłem u siebie, praca serca.. jak u sportowca.. czyli nienajlepiej dla ludzi którzy nie uprawiają sportów.. a oddanie krwi do analizy.. siadłem wygodnie w szpitalu w poczekalni, pani zawołała, wszedłem, siadłem zdenerwowany bo nie lubie oddawać krwi.. a tam widzę 3 fiolki czekające do napełnienia... załamałem się odwróciłem na chwile wzrok.. po czym znow patrze.. 5 fiolek... słabo.. mi.. tlenu... help... ale, że jak? już po? pa! i tyle mnie widziała xD kolejna wizyte miałem u ordynatora na poczatku 18 stycznia, gdzie chciał mnie już położyć do szpitala na następny dzień.. jedyne co mnie uratowało to fakt, że jeszcze nie minęło 2 tygodnie od 2giego szczepienia na żółtaczkę(który mijał 22:D) więc rozpisał przyjęcie na 24 stycznia a operacja zapewne dnia nastepnego... luzik, przyjde, zoperują, wyjdę po paru dniach.. bez strachu ;)

Dzien przed przyjęcięm byłem z camma u jej mamy na obiedzie... dosyć obfitym i pysznym. W końcu przez dłuższy czas nie będę mógł takich rzeczy jeść więc nawet zjadłem dwie spore porcje :) myślałem że wyjdzie mi to bokiem ale było miło i sympatycznie :D
 
uh.. to już niedziela, na 12:00 mam przyjecie do szpitala.. zaczynam sie denerwować... nie poddam się... jakoś to będzie... spakowany, przyszykowany, ubieram buty. biore bagaż i wychodzę... mama mnie odwozi do szpitala... mam stresa...

reszta w kolejnej notce o!;P

skomentuj (2)

Powrót po przerwie ;) 2008-08-25 16:03:17

Postanowiłem spróbować jak to się kiedyś pisało :) Nie jest to tak samo jak kiedyś ale w końcu 2 lata mineły od ostatniego razu... więc prosze - nowa notka!!:

Niedziela 24.08.2008, Godzina 23:00+
Ja
Ula
Wiktor - kuzyn

Jest godzina po 23:00, na polu wieje i mrzy. Rano musimy wczesnie wstac, poniewaz o 6:00 wychodzimy z domu - Wiktor wraca z wakacji w Polsce do Kanady. Zebralem sie zeby odprowadzic Ule do domu. Kuzyn chcial z nami isc to go wzielismy. Zabralem tez deskorolke - chcialem sprawdzic jak dziala po naprawach, mimo mokrej nawierzchni. Dostal mi sie plecak do niesienia, przeciez trzeba pomagac dziewczynom :P ale nie moglem juz na desce jezdzic. Dalem ja kuzynowi, który chcial odrobine przyszpanowac, ale prawie sam sie rozlozyl na chodniku. Szlismy cala droge ode mnie, kolo przychodni, poczty, gdzie przeszlismy na osiedle teatralne... az do skrzyzowania teatralne->spóldzielcze gadajac caly czas o przeróznych, niewaznych rzeczach.

Musialem isc do banku wplacic pieniadze na konto.. weszlismy do banku, wlozylem karte do wplatomatu, dalem kase Uli, by wplacila. Maszyna siorbnela polykajac kase. Mielila i mielila.. az w koncu wyplula potwierdzenie oraz wybekala moja karte^^.

Wychodzac z banku udalismy sie spowrotem na to skrzyzowanie, jednak na rogu tego bloku poczulismy smród jakby cos sie palilo. Zatrzymalismy sie i rozejrzelismy w kolo... pusto... nigdzie zadnego dymu, moze komus cos sie przypalilo... Poszlismy dalej, bo zielone swiatelko na przejsciu juz nas wolalo. Zapomnielismy o tym wszystkim i ruszylismy naprzód pod dom Uli.

Chwile przed jej klatka "cos" przebieglo nam droge. Podeszlismy blizej, wlaczylem lampke w komórce i poswiecilem na to cos. To byl jezyk, który az sie prosil by go poglaskac..wiec tego nie zrobilismy :) podeszlismy pod klatke Uli, chwile porozmawialismy, pozegnalismy sie i ruszylem z Wiktorem do domu.

Poszlismy ta sama droga, która przyszlismy. Zaden z nas raczej nic nie mówil... to z lenistwa :D. Dotarlismy na skrzyzowanie spóldzielcze->teatralne. Przeszlismy i zanim zdecydowalismy czy skrecic w prawo na skrzyzowaniu teatralne->zgody, czy isc po teatralnym znów poczulismy ten smród spalenizny. Co czlowiek robi w takiej sytuacji - pomyslalem... rozglada sie:P i tak zroblismy. Tym razem dostrzeglismy skad ten zapach... z banku... dym sie wydobywal jakby z drzwi z wewnatrz. Ciekawosc to pierwszy stopien do piekla... ee ja sie czuje jakbym tam byl juz jedna noga wiec ruszylismy pod bank. Zblizajac sie dostrzeglismy cos pod bankiem... niewiadomo co to bylo ale zle wygladalo. Myslelismy czy sie nie wrócic, ale chcielismy wiedziec co to jest :O podeszlismy blisko. Wygladalo to jak koc... z którego sie dymilo... raz bardziej raz mniej... niewiadomo co bylo w srodku ale cos napewno bylo(chyba ze to taki ogromny koc i wymiety, bo plasko nie lezal) nie wiedzielismy co zrobic... rozejrzalem sie czy nie jedzie zaden patrol czy cos... ale nic nie jechalo. Nie mogac nic zrobic postanowilismy udac sie w przeciwna strone, czyli w kierunku domu, ale zanim doszlismy do skrzyzowania Wiktor zamyslil sie czy nie widzial tam ludzkich stóp... ... ... ale nie byl pewien a on nie potrafi zyc w niepewnosci takiej.. wiec sam sie wrócil by sie upewnic. Na szczescie nic takiego tam nie bylo, a my zmienilismy plany. Zamiast do domu poszlismy na komisariat zglosic, ze przed bankiem sie pali i smierdzi -.-

Droga nie byla dluga, Wiktor przestraszyl sie trzasku gdyz on nie lubi takich akcji, obawial sie tez, ze ktos cos zrobil a my widzielismy to cos i nas bedzie chcial dorwac ale bylo dobrze.. Doszlismy na komisariat. Przed nim stal radiowóz i kilku policjantów. Podejsc do nich czy nie... a co mi to da, pewnie maja swoja robote - pomyslalem. Weszlismy na posterunek i poczekalismy chwile przy okienku zanim ktos sie znajdzie i wyslucha co mam do powiedzenia. Po paru minutach zjawil sie gliniarz o budowie ciala mowiacej "jem za duzo paczków i innych tlustych rzeczy, ale nie przesadzam... az tak". otworzyl okienko i czekal co powiemy. Zaczalem od poczatku jak to wypada zaczynac. "Przechodzilismy kolo banku na os. Teatralnym i cos tam pod drzwiami lezalo i sie dymilo. To cos wygladalo na koc ale nie chcielismy ruszac bo sie dymilo wiec moglo byc gorace, a co w srodku to nawet nie chce wiedziec"posterunkowy dopytal czy pod takim bankiem na takim osiedlu jest takie cos, odpowiedzialem, ze wlasnie tak. Podziekowal i powiedzial, ze zaraz kogos tam wysle. Podziekowalem i poszlismy sobie.

Wychodzac z komisariatu, ruszajac w kierunku domu przeszlismy chodnikiem obok zaparkowanego przy za autami na parkingu radiowozu. Stal tam policjant, który sie krzywo na mnie patrzyl... spojrzalem na niego tak samo -.- zeby nie myslal, ze jest lepszy! poszylismy kawalek dalej i sobie pomyslalem "wez sie do pracy nierobie, a jak nie to i tak zaraz cie wysla na to co ja zglosilem^^". Docierajac juz pod blok mialem w koncu mozliwosc wypróbowania deski!! jako, ze godzina juz prawie 24:00 to nie moglem prawie niczego sprawdzic... ale wydaje sie, ze wymiana starych podkladek aluminiowych na metalowe troszke zardzewiale wyszla na dobre:D. Dotarlismy do klatki, po schodkach i do domku!

Koniec przygody:)

Jak ktos chce z polskimi znakami to pisac:P

skomentuj (7)

. 2007-09-27 20:50:26

.

skomentuj (9)

Księga Gości